1616/ Wspomnienie...

...Szła tuż obok niego, zwalniając kroku;
pragnęła zatrzymać czas,
pragnęła zatrzymać w miejscu tę niepokojącą chwilę,
by nigdy nie nadeszła.
Oboje zdawali sobie sprawę, że odprowadza go na zawsze,
że nigdy już nie staną sobie twarzą w twarz... 
Dźwigała jego bagaż,
zbyt ciężki, jak na jej kruchą sylwetkę.
Dźwigała go, choć nie musiała,
ale był to niezwykły podarunek od niego na pożegnanie.
Powierzył w nim jej wszystkie swoje sprawy i sprawki,
wszelkie życiowe troski i doświadczenia,
wszystko to, czego ostatnio był uczestnikiem; 
bólu, smutku, łez... 
Ale ów i tak był lżejszy od ciężaru jaki nieśli w sercach.
Szli wciąż w milczeniu,
jakby bali się słowem zagłuszyć własne myśli;
zadumani, zatroskani, zaskoczeni swoją obecnością;
nie umiejący odnaleźć się w tym uczuciu...
Zadziwieni, skąd wokół nich tyle barw, zapachów, odgłosów.
 Ich twarze nie zdradzały jednak smutku;
oboje spokojni, pogodzeni z losem, 
pogodzeni z tym, co ich czeka za horyzontem,
otuleni cudownością jaka ich otaczała.
Szli ścieżką przez pola pachnące już chlebem,
przez bogato ukwiecone łąki pachnące miodem.
 a nad nimi rozlegał się tęskny śpiew skowronka.
O tej porze roku nie znaleźliby piękniejszej drogi na pożegnania.
Nad tym bezmiarem kwiecia i zboża
unosiły się dochodzące z oddali
ciche dźwięki piosenki śpiewanej przez prządki;
"kręć się kręć wrzeciono, wić się tobie wić"... 
(len już dawno zebrano i przygotowano do przędzenia)...
Tych dwoje zatrzymali się równocześnie, 
szukając wzrokiem miejsc, skąd dochodzi piosenka, 
którą przecież tak dobrze znali
(śpiewała ją matka, śpiewała babka, śpiewały kobiety w rodzinie),
a teraz miała okazać się być ich pożegnalną? 
"Kręć się 
kręć wrzeciono,
wić się tobie wić"... 
zdają się odpowiadać uwięzione w lesie echo.
"Kręć się 
kręć wrzeciono"...
wciąż dochodzi do ich uszu,
gdy bez słowa ruszają w stronę lasu.
Są już tak blisko.
Za blisko.
Jaszcze tylko miną zagubiony w zbożu słonecznik.
 Jaszcze parę chabrów i maków zerwie dla niego na pożegnanie.
 Jeszcze tylko schyli się po...
...a on odszedł niezauważenie, nim się wyprostowała,
nim uniosła głowę znad drogi.
Zanurzył się w leśnym półmroku, a las go pochłonął;
nie zaprosił do siebie obojga...
Stała tam jeszcze długo zadziwiona jego nagłą nieobecnością.
Stala tam wtulając twarz w naręcze kwiecia,
pachnącego teraz tęsknotą.
I stałaby tak jeszcze długo,
 na zawsze,
na wieczność...
J.K. wrzesień 2005
Wasza Jadwiga

Popularne posty

1780/ Z odzysku...

1777/ Ach ta natura...