Przyjaciółki...

Małgorzata i Anna


...jedna z domu, gdzie miłość do Boga i człowieka stawia się na pierwszym miejscu- druga z takiego, w którym nieustannie panował chłód... Anna i Małgorzata. Małgorzata po tzw. doświadczeniach życiowych, po długotrwałej walce z chorobą, z dala od Boga, żyjąca w ciemności i niepewności jutra. Wie, że musi dokonać zmian w życiu. Anna mogłaby być córką Małgorzaty, ale nie jest. Jest jej przyjaciółką, którą, jak Małgorzata wierzy, postawił na jej drodze, Bóg. Spotkały się i poznały na jednej z Eucharystii. Małgorzata była tam, choć z Bogiem nie miała wtedy nic wspólnego. Była tam, bo szukała swojej tożsamości, akceptacji ludzi, życzliwości. Przez całe swoje życie szukała ukojenia, pocieszenia, spokoju, w murach kościołów. Będąc dzieckiem, Małgorzata często odwiedzała kościół, obok którego mieszkała z rodzicami, w wielkiej tajemnicy przed surowym ojcem. Za młodu szukała w jego murach wielu odpowiedzi, na nigdy nie zadane pytania; nosiła je w sercu. Już jako dojrzała kobieta, coraz częściej bywała na Eucharystiach, choć nadal bardzo daleka od Boga. Dzisiaj sama już nie pamięta, kiedy to się stało, gdy poczuła wyraźny dotyk Niewidzialnego- przecież była śmiertelnie chora... W trakcie kilkuletniej, nierównej walki z chorobą, wyraźnie czuła, że ma kogoś obok siebie, że jest ktoś, kto nad nią czuwa, że ból nie jest tak wielki, jaki powinien być; i wszyscy się dziwili... W tej walce nie miała żadnego wsparcia ze strony rodziców, a jedynie obcych ludzi w osobach pielęgniarek i lekarzy; i ona się dziwiła. Spotkała na swojej drodze kogoś, kto namówił na wolontariat; nie musiał specjalnie przekonywać, bowiem Małgorzacie brakowało jakiegoś zajęcia, by nie zwariować z bólu, biedy na granicy żebractwa, czy samotności. Tam, pośród ludzi, z którymi się identyfikowała, poczuła się w końcu kimś wartościowym; bez krytyk na to co robi, ze strony rodziców, bez spojrzeń politowania, bez stukania się w czoło, jak dzięcioł... Wiedziała, że jest potrzebna i czerpała z tego radość; tu poczuła się doceniana. Tu odnalazła swoje powołanie. Tu znalazła drugi swój dom, pełen ciepła, życzliwości, szacunku, zrozumienia, troski o jej los i wszystko, co w nim. I tu znalazła Tego, który zdawał się być dla niej już nieosiągalny, choć tak bliski, chadzał bezszelestnie tuż obok Małgorzaty, korytarzami hospicjum. Spotykała Go w ludziach i zdarzeniach codziennych. Spotykała Go też poza murami hospicjum; w uśmiechu przechodnia, w płaczu dziecka, w zapachu kwiatów, w szeleście liści, w śpiewie ptaków, w płatkach śniegu i kroplach deszczu, z każdym wschodem i zachodem słońca... w otoczeniu. Zatęskniła za Nim; za Jego miłością. Na Eucharystiach łzy płynęły jej po policzkach, bo już rozumiała wiele z Ewangelii, a nie mogła połączyć się z Nim w Komunii. Najtrudniejsze były Liturgie Pokutne... Pragnienie Jego obecności w życiu Małgorzaty, zalało jej serce, wypełniło po brzegi... Podjęła postanowienie, że musi coś z tym pragnieniem zrobić, musi je zrealizować, bowiem ma już Upragnionego na wyciągnięcie ręki; i postanowiła, że przyjmie sakrament chrztu, którego rodzice zaniedbali (a może nie chcieli, a może bali się systemu?) Wątpliwości wiele, ale nie Małgorzacie osądzać dziś rodziców. Jak pomyślała, tak poprosiła kapłana  o przygotowanie, z którego niewątpliwie spowiedź generalna była najtrudniejsza. I tak Małgorzata przyjęła wszystkie sakramenty. Zauważyła też, że od pewnego czasu ma wokół siebie coraz więcej przyjaciół, życzliwych ludzi, którzy z serdecznością "kibicują" jej w tak ważnych poczynaniach. Jedną z tych przyjaciół jest właśnie Anna, z którą dzisiaj nadal więcej dzieli, niż łączy; dzieli całe jedno pokolenie... Ale to, co je łączy jest ponad podziałami wszelkimi. One nie mają między sobą podziałów; traktują się wbrew wszystkiemu i wszystkim bardziej jak siostry, które mają wspólne pasje i rozumieją się niemal w pół słowa, niż obce osoby z tak bardzo różniących się sfer...

dcn...

Popularne posty

1748/ Kocia ciekawość...

1741/ Potrzebowała zmian...

1745/ Moje poczynania i podaj dalej...