Miejsce Ciszy...

We wczorajszym poście wspominałam o miejscu, które dwa- trzy razy do roku, jest tym miejscem, gdzie jeżdżę leczyć swoją duszę. Nie jest to hotel czy ośrodek; pięcio... cztero... czy nawet dwu... trzygwiazdkowy- to Dom Misyjny braci Werbistów. Ktoś by powiedział: "szaleństwo jakieś"... Ale w tym szaleństwie znajduję dla siebie odpoczynek. W tym szaleństwie jest całkowite oderwanie się od rzeczywistości. Bez telewizora, bez radia, bez tych krzykliwych mediów. Oderwania się od złości na fachowca, który spieprzył parę rzeczy i nie potrafi tego poprawić, bo nie rozumie o co mi chodzi :/ Pojechałam więc podładować akumulatorki, by od jutra zakasać rękawy i samemu wziąć się za poprawki. Mam wizję, jak na tę chwilę- mam chęci nawet, mam jeszcze trochę materiałów... a u braciszków zostawiłam złość i niechęć do fachowca, jako człowieka, bowiem nadal nie podoba mi się jego postawa. Z pobytu u braci przywiozłam parę zdjęć okolicy, zrobionych z perspektywy trzeciego piętra w tej niezwykłej chwili wschodu słońca...



















Popularne posty z tego bloga

1537/ "Serce człowieka obmyśla drogę...

1711/ Życzenia Wielkanocne...

1651/ Diabelskie szarości...