sobota, 5 października 2013

603/ Cud narodzin...

...nie bez powodu taki tytuł postu, bowiem każde narodziny są cudem- narodziny nowego dnia także... Kiedy budził się z głębokiego snu, było jeszcze ciemno. Na horyzoncie cieniutką, czerwono- złotą wstążeczką dał znać, że słońce zbliża się ku niemu... I oto, gdy wskazówki zegara wolno zbliżają się na godzinę szóstą, wstaje nowy, pięknie zapowiadający się dzień. Spoglądam przez okno w stronę czerwonej tarczy, jakbym chciała wyczytać z jej wyglądu, jaką pogodę przygotowała natura na dzisiejszy dzień. Szron, który przed świtem pokrył ziemię, błyszczy się teraz drobinkami brokatu, w promieniach wschodzącego słońca. Jego pierwsze promienie odkrywają dniu nocne tajemnice, kładą na ziemię długie cienie, a z liści drzew wydobywają ich barwy- brązy, czerwienie i złocienie. Bezchmurne niebo nie pozostawia wątpliwości- będzie piękny, słoneczny dzień... Stojąc przy oknie, zauroczona tym świętem zmartwychwstania (bowiem jest to niejako święto zmartwychwstania dnia, słońca, mojego...), odnoszę wrażenie, że to tylko dla mnie taki widok, że jestem wybranką Jutrzenki, by przywitać nowy dzień... Ten świat, jego niezaprzeczalne i niepowtarzalne piękno,  zawdzięczam wrażliwości serc otaczających mnie ludzi... Cokolwiek pragnę przez to powiedzieć, należy się im z mojej strony wdzięczność. Ale nie potrafię jej zmierzyć żadną miarą, nie potrafię odziać jej w odpowiednie słowa, nie potrafię ani wyśpiewać, ani namalować- potrafię natomiast przekazać Im to, czym każdego dnia obdarza mnie natura- spojrzeniem... I pragnę by to piękno nie było tylko przypadkowe, by nie zniknęło nagle w zawirowaniach codzienności, by zapisało się w pamięci na długie, długie dni. Będąc niemym świadkiem tej tajemnicy Jutrzenki, moje myśli uciekają ku tym, których kocham, z którymi chciałabym przeżywać owe narodziny dnia, bez których życie byłoby pozbawione sensu. I przyglądam się ptakom rozgrzewającym pióra; i przyglądam się pierwszym przechodniom otulonym w ciepłe szale... i nagle to piękno budzi we mnie niepokój- jest przecież takie ulotne, opuści za chwilę, za ten czas, który pozostał mi do napisania całego posta. I myślę sobie, że dla tej przemijającej i niepowtarzalnej chwili- bowiem nic już za chwilę nie będzie takie samo- szron zniknie, powietrze stanie się bardziej przezroczyste, coraz cieplejsze promienie zmienią o ton barwę liści, a zachód słońca- będzie jak zamknięcie kolejnego rozdziału życia... Niestety, aparatowi wyczerpała się bateria i zdjęcia robione są nieco później, co nie zmienia faktu, że słońce nadal świeci :)




Pozdrawiam cieplutko w ten pięknie zapowiadający się poranek :)

1816/ Listopadowa jesień...

Listopadowa jesień... Podejrzałam ją w świetle słońca, w pozłocie i pąsach na policzkach. Z postrzępionymi wiatrem sukniami. Otulon...

Popularne posty