Śnił mi się sen...

Śniła mi się kiedyś ukwiecona wszystkimi barwami tęczy, łąka. Było to tuż po śmierci Tatusia, wielkiego miłośnika przyrody. Spacerowałam z nim po tej łące w stronę horyzontu, nad którym rósł, pachnący żywicą, las. A nad nim zastępy aniołów przemienionych w leśne ptactwo, które swoim świergotem  zagłuszały moją tęsknotę... Śniła mi się łąka tętniąca życiem- wszelkie kwiaty i owady zdawały się cieszyć naszą obecnością. Niezwykłe było to, że odczuwałam zapachy, odgłosy i barwy. Szłam obok tatusia z niezwykle ciężką walizą- walizą doświadczeń, bólu i radości, walizą smutku i łez, walizą niepewności i... pewności, że nad wszystkim króluje Bóg. W owym czasie moim pragnieniem było oddać ten sen na płótno, ale przypomniałam sobie, że nie "kłócę się" z płótnem... Śnił mi się sen... Zrobiłam ostatnimi laty mnóstwo zdjęć, ale ani jednego oddającego obraz snu i nie wiem dlaczego?... I śni mi się ten sen w rocznicę śmierci tatusia...



Popularne posty z tego bloga

1537/ "Serce człowieka obmyśla drogę...

1711/ Życzenia Wielkanocne...

1651/ Diabelskie szarości...