Niespodziewana podróż...

Jeszcze wczoraj o godzinie siedemnastej nie miałam pojęcia, że dzisiaj mogę być już w domu, i o godzinie piątej rano byłam już w drodze na lotnisko :) Szosy  i autostrady w niedzielny poranek okazały się być "przyjazne"- bardzo mały ruch i pogoda przychylna podróży. Dwie godziny podróży minęły więc spokojnie choć szybko, ale bez brawury- z dozwoloną szybkością siedemdziesięciu mil na godzinę.
Lotnisko na Stansted też okazało się dzisiaj "przyjazne"- szybka i "sympatyczna" odprawa i niezbyt długie oczekiwanie na wejście na pokład samolotu i odlot. Lot z sympatyczną osobą siedzącą obok minęła szybko... Niebo pogodne choć pod nami chmury- nie odmówiłam jedna sobie zrobienia kilku zdjęć "upamiętniających" lot. Udało mi się nawet nie przegapić przelotu na morzem.


 Widok na morze- można dopatrzeć się stateczku, czy jak to się fachowo mówi
-jednostki pływającej ;)


Ponownie chmury przesłoniły widoki, odrobinę zaczęło trząść,
 podobno z powodu burzy i poproszono o zapięcie pasów,
choć prawdę mówiąc te białe chmury nie zdradzały tego...


Powolutku wyłania się ląd- oczom ukazują się maleńkie zabudowania :)


Fascynujący widok wijącej się rzeki pod nami


 ...i już coraz bliżej domu...


...jeszcze tylko pilot przechylił nas na bok :)


 ...by po wyrównaniu lotu ukazały się taaakie widoki :)


 Potem już coraz niżej i niżej, i niżej... :)
...i upragnione powitania z bliskimi... :)

Popularne posty

1760/ Anioł i... przyjaciele

1754/ Sobotnie spotkania...

1758/ Ogród dzieciństwa...